Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 6 Liga
Z uwagi na aż trzynastopunktowy dystans w tabeli potyczka między Bartolini Pasta a FC Zaborów mogła jawić się jako starcie z kategorii „Dawida z Goliatem”. Choć finałowy rezultat nie przyniósł niespodzianki, absolutnie nie było tu mowy o różnicy klas. Obie ekipy stopniowo badały, na ile mogą sobie pozwolić, i nieśpiesznie przechodziły do coraz konkretniejszych działań na połowie przeciwnika.
Jako pierwsze postraszyło FC Zaborów, zmuszając broniącego dostępu do bramki rywali Piotra Szczypka do nie lada interwencji po próbie z bardzo bliskiej odległości autorstwa Jacka Wdowczyka. Chwilę później goście ponownie doszli do głosu, ale strzał głową Kamila Czarneckiego obił jedynie słupek. Prowadzenie dla czerwono-niebieskich w końcu stało się faktem w okolicach siódmej minuty, kiedy to Czarnecki, otrzymawszy niewygodne podanie od Macieja Jarosza, uderzeniem z pierwszej piłki wrzucił ją za kołnierz golkipera Bartolini.
Żadna z ekip nie mogła czuć się swobodnie z futbolówką przy nodze, gdyż piłkarze po obu stronach boiska błyskawicznie doskakiwali do swoich oponentów. Na 0:2 podwyższył pełniący funkcję kapitana Sylwester Jacewicz, który po podaniu Sebastiana Koca sprytnym strzałem przy bliższym słupku umieścił piłkę w siatce. Z każdą minutą coraz mocniej rzucało się w oczy to, że Zaborów, chętnie korzystając z rozegrania piłki między golkiperem a obrońcami, wciągał zawodników BP na własną połowę, by następnie jednym dalekim podaniem przetransportować futbolówkę w okolice pola karnego rywali i stworzyć bezpośrednie zagrożenie.
Po zmianie stron wreszcie udało się uświadczyć więcej celnych prób ze strony gospodarzy, którzy w końcu dopięli swego, wykorzystując nieuwagę Zaborowa podczas pretensji do sędziego o podyktowany rzut wolny. Szybko wznawiając grę, bramkę zdobył Tomasz Rusinek. Zmniejszenie strat podziałało na graczy Bartolini budująco, bowiem od kolejnych zdobyczy bramkowych powstrzymywał ich jedynie świetnie dysponowany między słupkami Czarek Zahorodny. Mimo tego zamiast wyrównania to FC Zaborów podwyższyło prowadzenie za sprawą doskonałego przerzutu Zahorodnego do Jacewicza, który pokonał bezradnego Szczypka. Niespełna minutę później dystans na nowo został zmniejszony dzięki trafieniu Arkadiusza Kamińskiego, przy którym asystował Damian Kalinowski. Po zbliżonej liczbie niewykorzystanych okazji, przy jednej z akcji gości, do odbitej piłki w pobliżu pola karnego dopadł Mateusz Kopeć i przytomnym strzałem ustalił wynik meczu na 2:4.
Tym samym FC Zaborów jeszcze bardziej przybliżyło się do upragnionych medali na zakończenie rozgrywek, natomiast Bartolini Pasta będzie musiało dołożyć wszelkich starań, by sezon ten nie zakończył się dla nich spadkiem.
Mikstura zaczęła ten mecz w najlepszy możliwy sposób. Już po 6 minutach prowadziła 2:0 po pięknej bramce Andrzeja Łukomskiego oraz pressingu na bramkarza Georgian Team, który skutkował błędnym wybiciem piłki pod nogi zawodnika Mikstury, a ten umieścił ją w pustej bramce.
Niestety dla gospodarzy kolejne minuty nie były już tak udane, ponieważ w 13. minucie na tablicy widniał wynik 2:2 za sprawą niesamowitej dyspozycji Saby Lomii. Obie drużyny nie chciały schodzić na przerwę przegrywając i szły cios za cios. Pierwszą połowę lepiej zakończył Georgian Team, obejmując prowadzenie 5:4.
Drugą połowę ponownie lepiej rozpoczęła Mikstura, a dokładniej niezawodny tego dnia duet Andrzej Łukomski i Artur Zawadziński, który wypracował bramkę po wznowieniu piłki z autu w 29. minucie. Jednak i tym razem Georgian Team nie pozostał dłużny i już w 31. minucie Saba Lomia przelobował bramkarza Mikstury, zdobywając bardzo ważną bramkę. Od tego momentu obie ekipy rzuciły się do ataku, a mecz całkowicie się otworzył. W takich warunkach Saba Lomia czuł się jak ryba w wodzie. Dwa kolejne gole zdobył po kontratakach do pustej bramki, a asystował mu przy nich również świetny tego dnia Lasha Gabrichidze.
Mikstura nie była już w stanie odpowiedzieć Gruzinom, mimo świetnego występu Artura Zawadzińskiego, który zakończył mecz z dorobkiem czterech bramek. Saba strzelał, a Mikstura mogła jedynie bezradnie patrzeć na to, co dzieje się na boisku. W taki sposób Saba Lomia praktycznie w pojedynkę wygrał mecz, zdobywając aż osiem bramek. Nic dziwnego, że został zawodnikiem kolejki po tak niesamowitym występie. Ogromną rolę odegrał również Lasha Gabrichidze, który dyrygował ofensywą swojej drużyny - cztery asysty i dwa gole tylko potwierdziły, że Georgian Team ma jeden z najgroźniejszych ataków w całej 6. lidze. A może i wyżej.
Ten mecz był poniekąd starciem młodzieńczej energii z boiskowym doświadczeniem. Jak widać, wygrało to pierwsze, jednak wynik zupełnie nie oddaje przebiegu spotkania.
Początkowo to goście wyglądali zdecydowanie lepiej, a już w 5. minucie Old Eagles pokazało klasyczne, dwójkowe rozegranie w tempo i ładnego gola strzelił Sylwester Madej. Na nieszczęście dla Orzełków nie poszli oni za ciosem, a z minuty na minutę Sante atakowało coraz odważniej. W końcu, w 10. minucie, do remisu doprowadził debiutujący w tej ekipie Michał Gutowski. Na kolejnego gola trzeba było poczekać niemal do samej końcówki pierwszej połowy, a skromne prowadzenie dla Sante wywalczył Patryk Ułasiuk. Po zmianie stron Old Eagles zabrali się do odrabiania strat, ale dobrymi interwencjami popisywał się golkiper gospodarzy - Krzysztof Wiśniewski. W drużynie gości zabrakło tego dnia Piotra Parola i Krzysztofa Józefiaka, którzy w takich sytuacjach potrafili odwrócić losy meczu niespodziewanym golem. Zabrakło również zwyczajnego szczęścia, bo choć ekipa z Koła atakowała często, to piłka nie chciała zatrzepotać w bramce Sante.
W 31. minucie gospodarze podwyższyli prowadzenie po golu Jakuba Melaka i sytuacja Old Eagles zrobiła się jeszcze trudniejsza. W 33. minucie Michał Skalski zmarnował przysłowiową „setkę”, a w 37. minucie nieprawdopodobnym instynktem popisał się Sylwester Madej, wybijając piłkę praktycznie z linii bramkowej.
Do końca pozostało niewiele czasu i Orzełki zdecydowały się na zastąpienie bramkarza lotnym zawodnikiem - w tę rolę wcielił się Michał Skalski. Początkowo dało to nieco energii ofensywie Old Eagles, ale zdobyć gola się nie udało.
W 46. minucie rzut wolny w pobliżu pola karnego Sante szybko przerodził się w zabójczą kontrę, a na 4:1 trafił Maksymilian Jędrzejczak. Ten gol praktycznie zamknął mecz - gościom wyraźnie zabrakło sił na gonienie wyniku, a gospodarze dobili przeciwnika golami Jakuba Melaka oraz Dawida Zientały i Sante mogło cieszyć się ze zwycięstwa 6:1.
Spotkanie Green Lantern z Shot DJ zapowiadało się bardzo ciekawie i niezależnie od aktualnej formy obu ekip trudno było spodziewać się nudnego meczu. To drużyny, które lubią ofensywną piłkę, grają odważnie i często idą na wymianę ciosów. Tym razem było dokładnie tak samo.
Emocje zaczęły się właściwie od pierwszego gwizdka. Już w 2. minucie kapitan gospodarzy, Mikołaj Wysocki, otworzył wynik spotkania i od tego momentu rozpoczęła się prawdziwa strzelanina. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać - Jabłoński szybko doprowadził do wyrównania, ale chwilę później znowu inicjatywę przejęli gospodarze. Najpierw do siatki trafił Podgórski, a później Świpiarski i wydawało się, że Green Lantern zaczyna łapać kontrolę nad meczem. Tyle że Shot DJ nie zamierzał odpuszczać. Końcówka pierwszej połowy należała właśnie do gości. Kłos dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a w ostatnich sekundach przed przerwą Jabłoński wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie po raz pierwszy w tym meczu.
Druga połowa wcale nie zwolniła tempa. Wręcz przeciwnie - z każdą minutą emocji było coraz więcej, bo obie drużyny wyraźnie czuły, że ten mecz jest do wygrania. Szybko po wznowieniu Bartek Kozak doprowadził do wyrównania i znów wróciliśmy do punktu wyjścia. Akcja sunęła za akcją, sytuacji nie brakowało, ale przez długi czas wynik pozostawał bez zmian. Przełom przyszedł dopiero na sześć minut przed końcem, kiedy Shot DJ ponownie wyszedł na prowadzenie. Chwilę później kolejne trafienia dołożyli Jabłoński i jego koledzy, dzięki czemu na ostatniej prostej goście prowadzili już trzema bramkami. Wydawało się, że jest po meczu. A jednak nie.
Green Lantern rzuciło wszystko do ataku i praktycznie w kilka chwil z trzybramkowej straty zrobił się tylko jeden gol różnicy. Gospodarze napierali do samego końca, a Damian Michalczyk próbował jeszcze indywidualnymi akcjami wyrwać remis swojej drużynie. Tym razem jednak defensywa rywali i bramkarz wytrzymali presję. Shot DJ dowiózł prowadzenie do końca i zgarnął trzy punkty.
Po czterech porażkach z rzędu Saska Kępa w końcu miała powody do radości. Wygrana 3:2 ze Szmulkami Warszawa pozwoliła drużynie opuścić strefę spadkową. Tym bardziej imponuje fakt, że rywale w poprzedniej kolejce pokonali lidera ligi.
Od początku spotkania obie drużyny grały odważnie i szukały swoich okazji w ofensywie. Nie brakowało strzałów, również z dystansu, jednak przez długi czas brakowało dokładności i spokoju pod bramką rywali. Wynik meczu otworzył w 17. minucie Rzeszotek, który najlepiej odnalazł się w zamieszaniu po obronionym strzale i skutecznie dobił piłkę do siatki. Saska Kępa odpowiedziała błyskawicznie. Zaledwie minutę później Gediga uderzeniem z dystansu doprowadził do wyrównania. Ważną rolę przed przerwą odegrał również Daniel Piecyk, który kilkukrotnie zachował dużą czujność między słupkami i utrzymał remis dla swojej drużyny.
Po zmianie stron coraz większy wpływ na przebieg meczu miał Gediga. W 29. minucie ponownie wpisał się na listę strzelców, skutecznie dobijając piłkę po wcześniejszej interwencji bramkarza. Kilka minut później Saska Kępa otrzymała rzut karny, do którego podszedł właśnie Gediga i pewnym strzałem skompletował hat-tricka, podwyższając prowadzenie na 3:1. Szmulki do końca próbowały wrócić do meczu. Był słupek, kilka groźnych sytuacji i w końcu kontaktowy gol Rzeszotka po podaniu Kaczmarka, jednak po przerwie bardzo dobrze między słupkami prezentował się Leszek Gallewicz, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą bramki.
Ostatecznie Saska Kępa utrzymała korzystny wynik do ostatniego gwizdka, rewanżując się za jesienną porażkę i wracając do walki o utrzymanie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)